1969

Audycja z cyklu Wiadomości kulturalne nr 627 wyemitowana 19 lutego 1969

 

Nie dalej jak wczoraj opowiadał państwu nasz londyński współpracownik o ciekawym zbiorze esejów wybitnego poety angielskiego, Wystana Hugh Audena. Autor zastanawia się w nich szeroko nad problemami poezji, nad jej głębszym sensem i znaczeniem ogólnoludzkim. Konkluduje tezą nie nową, znaną każdemu, kto czuły jest na dźwięk słowa poetyckiego, tezą, że poezja opromienia życie ludzkie, nadaje mu wymiar piękna, przenosi niejako w wyższą sferę i ratuje od beznadziejności losu.

Ale Auden jest pomimo tego raczej sceptyczny co do szerszego społecznego znaczenia poezji. Aczkolwiek podkreśla, że poezja egotyczna nie prowadzi daleko, że celem każdej wielkiej poezji jest dawanie świadectwa uczuciom i myślom większej liczby ludzi, to jednak twierdzi, że w sumie poeci odgrywają w życiu narodów nieporównanie mniejszą rolę aniżeli mężowie stanu, politycy, naukowcy, wynalazcy, a nawet powieściopisarze. Auden rzuca efektowną tezę, że Anglia byłaby absolutnie tym samym czym jest, gdyby nawet Szekspir nigdy nie istniał. Nie jestem pewien, czy tak jest rzeczywiście, ale ostatecznie wybitny poeta angielski zna na pewno lepiej psychikę swego społeczeństwa.

Natomiast wydaje mi się, że u nas te sprawy przedstawiają się nieco inaczej. W ubiegłym wieku powstał u nas mit poety - wieszcza, poety - przewodnika narodu, rzecz nie tak bardzo anormalna, jeśli pamiętać o roli, jaką w swoich społeczeństwach odgrywali Goethe czy Victor Hugo. U nas trwało to oczywiście dłużej, skoro jeszcze u przełomu stuleci Wyspiański potrafił siłą swego geniuszu wspiąć się na cokół intelektualnego przywódcy narodu i w pewnym sensie jego sumienia. Czy to jest normalne, czy nie - wypada jednak stwierdzić, że coś z tego wysokiego nimbu otaczającego poetę pozostało u nas i w pokoleniach późniejszych. Niewątpliwie po dziś dzień znaczenie i rola, jaką odgrywa u nas wielki, prawdziwie wielki poeta, jest większa aniżeli w wielu innych społeczeństwach. Te, może nieco przydługie, refleksje na temat roli poezji w życiu zbiorowości ludzkiej narzuciła mi śmierć Kazimierza Wierzyńskiego, jednego z największych naszych poetów, być może ostatniego poety "czystej krwi", jaki nam pozostał po odejściu Tuwima i Lechonia. Mówiąc o poecie "czystej krwi" mam na myśli duchową organizację poetycką skoncentrowaną wyłącznie na przeżyciu lirycznym, wyrażającym się bez reszty w wewnętrznej pulsacji wiersza. Wierzyński był na pewno takim poetą: cały jego stosunek do świata, człowieka, życia, każdy jego odruch wewnętrzny, każde przelotne uczucie wyrażało się natychmiast wylewem inspiracji lirycznej o nieporównanej jakości kruszcu. Nie jestem zawodowym krytykiem i brak mi kwalifikacji do ścisłego analizowania poetyki i tych wszystkich technicznych komponentów, które składały się na portret poetycki autora Tkanki ziemi. Mogę tylko złożyć mu najgłębszy hołd entuzjastycznego wielbiciela, mogę jedynie nicią pamięci przywołać w myśli liczne chwile niezapomnianego wzruszenia, jakie dawały mi jego wiersze lub rzadkie, zbyt rzadkie chwile kontaktu osobistego z człowiekiem, który promieniował poetyckim stosunkiem do świata i życia. Tego będzie teraz bardzo brak tym wszystkim, którzy znali i kochali Wierzyńskiego, tak jak polskim czytelnikom polskich pism emigracyjnych zabraknie tak niecierpliwie zawsze oczekiwanych nowych wierszy wielkiego poety.

Padło słowo, którego wolałbym uniknąć: słowo "emigracyjny". Oczywiście, Wierzyński jest wielkim poetą polskim. Że przebywał w drugiej połowie życia poza granicami kraju - nie ma tu żadnego znaczenia i żadne anatemy i przemilczania go nic tu nie pomogą. Miał w tym zresztą nie byle jakich antenatów w I połowie XIX stulecia. Antenatów, których tomiki przemycane do kraju stały się z upływem lat Biblią narodową. Ale niewątpliwie ogromna część jego spuścizny poetyckiej - i to być może część najlepsza, najcenniejsza - nie jest dostatecznie znana w kraju. Choć jest to na pewno bolesne, choć Wierzyński bardzo cierpiał nad tą niemożnością bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem krajowym - myślę, że nie trzeba przeceniać tego faktu. Bo życie nauczyło nas, że kruche, bardzo kruche są wszelkie formy ucisku i arbitralności. Reżymy przychodzą i odchodzą, państwa i ustroje powstają i upadają - a poezja trwa, żyje i zwycięża genialnym podmuchem inspiracji.

Dlatego, jak smutna by nie była śmierć wybitnego człowieka, który cieszył się głęboką sympatią i przyjaźnią wszystkich, którzy go znali i mieli szczęście zbliżyć się do niego - to jednak śmierć wielkiego poety jest czymś zgoła odmiennym. Bo odejście poety - abstrahując od bolesnego faktu przecięcia, zamknięcia twórczości - jest jednak początkiem nowego życia, początkiem samodzielnego życia całego dorobku twórczego artysty. Któż z innych ludzi - poza poetą i artystą - może umierając mieć pewność, że niezliczone jego uczucia i odruchy, najsubtelniejsze fluktuacje myśli, mnóstwo drobnych przeżyć i obrazów, żyć będzie dalej w sercach i umysłach czytelników, owych tysięcy nieznanych ludzi, dla których odległe przeżycia poety będą jeszcze w dalekiej przyszłości czymś wiecznie młodym, świeżym, żywym? Takie pozagrobowe zwycięstwo bywa jedynie udziałem wielkiej poezji, takie jest bodaj jedyne możliwe zwycięstwo w owej śmiertelnej walce z czasem i przemijaniem, toczonej przez człowieka od kolebki.

Kazimierz Wierzyński miał to wielkie szczęście, że w ciągu całego swego życia "poetyckiego" szedł ze swoją epoką i swoim społeczeństwem. Razem ze swymi rówieśnikami przeżył cudowną młodość entuzjazmu niepodległością, młodość jakiej przed nim nie zaznało wiele kolejnych pokoleń polskich. A jego związek z życiem realnym i dokonywaniem się historii był tak mocny, że wystarczy przypomnieć kolejne tytuły jego zbiorów lirycznych, aby natychmiast nasunęły się nam skojarzenia z wszystkimi wydarzeniami półwiecza. Równo pół wieku temu, w roku 1919, u zarania niepodległości pierwszy tom poetycki Wierzyńskiego nosi triumfalny tytuł Wiosna i winoWróble na dachuWielka NiedźwiedzicaPamiętnik miłościLaur olimpijski - to tytuły zbiorów lirycznych publikowanych w młodzieńczych latach pod znakiem upojenia się pięknem życia, szczęściem istnienia. W latach trzydziestych ton poetycki Wierzyńskiego nabiera skupienia i powagi - pojawiają się wówczas tytuły takie jak Gorzki urodzajWolność tragiczna i Kurhany.

A potem przychodzi wojna i skala poetycka Wierzyńskiego rozszerza się o barwy, których nawet nie podejrzewaliśmy u poety Wiosny i wina. Etapy tragedii polskiej znaczone są tytułami takimi jak Ziemia-WilczycaRóża WiatrówPodzwonne za kaprala Szczapę i kulminują w przejmującym zbiorze Krzyże i miecze, który stanowi próbę obrachunku z losem. Ale żyć trzeba dalej - stąd też powojenna liryka Wierzyńskiego wzbogaca się o nowe spojrzenia na świat: Korzec makuSiedem podkówTkanka ziemi - to zbiory świadczące o usiłowaniach znalezienia jakiejś równowagi intelektualnej w parkosyzmach wykluwającego się nowego świata. I aby zamknąć ten długi szereg tytułów zacytować można jeszcze Czarny polonez - ów niedawno najmocniejszy głos przeciwko niesprawiedliwości, uciskowi i krzywdzie. Ostatni tom, który Wierzyński oddał do druku, ale którego ukazania się już nie doczekał, nosić będzie tytuł Sen mara i można go chyba rozumieć jako klamrę zamykającą cały olbrzymi dorobek poetycki życia.

W całej poezji Wierzyńskiego, w całym jego stosunku do życia jest coś niesłychanie afirmatywnego, jakieś najgłębsze "potwierdzenie" życia ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami. I taki też był Wierzyński - człowiek. Nie sposób rozgraniczyć u niego poezji i życia. Był nie tylko autorem liryków, był niejako nosicielem poezji, która tryskała z niego w każdym słowie, każdym geście, w całym zachowaniu się i psychice. Nie obawiam się o losy tej krwistej, pełnej temperamentu poezji, która na pewno będzie żyła i pulsowała w sercach niezliczonych czytelników. Ale smutno, bardzo smutno na myśl, że nie zobaczymy już nigdy tego człowieka, którego niesłychany czar i wdzięk jednał mu wszystkich. Dla nas, którzyśmy go znali i kochali, świat będzie uboższy o jeden ton - ale ten bardzo cenny, niezapomniany...