1968

Audycja z cyklu Wiadomości kulturalne nr 628 wyemitowana 26 kwietnia 1968 

 

Omówić w ciągu kilku minut dorobek trzydziestu lat pracy twórczej Stefana Kisielewskiego - to zadanie niewykonalne. Bo przecież jest kilku Kisielewskich - jest eseista, publicysta, polemista, jest powieściopisarz, były poseł do Sejmu i mówca, na koniec - jakby tego wszystkiego nie było mu dość - znakomity krytyk muzyczny i wybitny kompozytor. Człowiek dysponujący swobodnie i z ogromną maesterią tak wielką ilością różnych środków wyrazu, jest na pewno zjawiskiem nieprzeciętnym. Ale mówić o tym wszystkim krótko - nie sposób. Aby tego niesfornego człowieka "ująć za rogi" trzeba by napisać cały tom, a i wówczas zapewne przekorny Kisiel wysmyknąłby się nam w końcu spod skalpelu analizy. Toteż zamiast pseudo-głębokich rozważań, z których sam Kisiel uśmiałby się zapewne do rozpuku, łatwiej mi będzie mówić po prostu o wieloletnim przyjacielu, którego rozwój obserwowałem od początków jego kariery muzycznej i literackiej.

Oczywiście, najbliższy był mi zawsze Kisielewski - muzyk. Jako kompozytor chadzał - i chadza po dziś dzień - własnymi drogami. W jego muzyce odzywa się często echo przekorności, dowcipu, paradoksu. Innymi słowy Kisielewski - kompozytor nie jest zjawiskiem, które nie miałoby nic wspólnego z innymi dziedzinami jego twórczości. Przeciwnie - czasem odnosi się wrażenie, jak gdyby niektóre jego kompozycje wyszły spod pióra nie Stefana Kisielewskiego, ale Kisiela. Widać w nich "kisielowe" pióro, umoczone niekiedy w bezpretensjonalnym, szczerym sentymencie, a kiedy indziej w witriolu. W każdym razie, w obrazie dzisiejszej muzyki polskiej Kisielewski tkwi osobno, nieco na uboczu; potrafił się on oprzeć zdecydowanie owemu arcynudnemu konformizmowi obowiązującego radykalizmu. Sam kiedyś w pewnym wywiadzie powiedział, że jako kompozytor ma "ogródek mały, ale własny". To stwierdzenie nie jest wcale tak skromne, jak by tu w pierwszej chwili mogło się wydawać, ale ogólnie rzecz biorąc jest bliskie prawdy, bo podkreśla odrębność muzyki Kisielewskiego. Tak jak w swej publicystyce czy beletrystyce, podobnie i w muzyce Kisielewski nie powiedział swego ostatniego słowa i można się po nim wiele spodziewać.

Powszechnie utarł się pogląd, że muzyka jest dla Kisiela pewnego rodzaju refugium, ucieczką, schronieniem w okresach, kiedy sytuacja polityczna w kraju nie daje mu możności prowadzenia swobodnej działalności publicystycznej, kiedy zbytnio knebluje mu się usta. Istotnie, kiedy w latach 1953-57 zamilkł Kisiel - felietonista, stał się płodniejszy Kisielewski - kompozytor. Ale pomimo tego ten pogląd, jakoby działalność kompozytorska była dla Kisielewskiego jedynie ucieczką, niejako osobistą, intymną "klapą bezpieczeństwa" wydaje mi się najzupełniej fałszywy. Wiem zbyt dobrze, jaką wagę przywiązuje do tego, co komponuje, aby móc choć na chwilę przypuszczać, że to tylko jakaś ucieczka w ciszę pracowni.

Drugie nieporozumienie, które stojącego na uboczu obserwatora irytuje znacznie więcej, to przyczepianie Kisielewskiemu - publicyście pewnych łatwych i banalnych etykietek. Nie tylko w kraju, ale i za granicą uznano go początkowo za coś w rodzaju "urzędowego trefnisia" systemu, za jakiegoś współczesnego Stańczyka, błazna, któremu rzekomo pozwolono na bezkarne mówienie gorzkiej prawdy. Miała to być zatem pewnego rodzaju klapa bezpieczeństwa, wygodna dla partii i rządu, a nie zobowiązująca się do niczego. Żargon krajowy określił to słowami, że "Kisielewski jest na wariackich papierach". Znamy to dowcipne powiedzenie od wielu lat, ale nawet jeśli sam Kisielewski zastosował je kiedyś żartobliwie w odniesieniu do swojej działalności publicystycznej, to jednak wydaje się, że takie ujmowanie sprawy jest grubą i przesadną symplifikacją. W istocie rzeczy publicystyka Kisielewskiego sięga o wiele głębiej. Jej dowcip nie jest nieważnym błazeństwem - jest to dowcip tragiczny, bo płynie z samej najgłębszej treści aktualnego życia polskiego.

Bo czym jest w gruncie rzeczy cała ta wieloletnia publicystyka, będąca niejako kroniką Polski Ludowej, publicystyka, której zmiany barwy i przymusowe pauzy znaczą przebieg wydarzeń politycznych i nie tylko politycznych ostatniego ćwierćwiecza? Myślę, że w całości swojej jest ona niezmiernie odważną próbą współżycia liberała i demokraty z systemem panującym w kraju. Jej źródłem jest chęć przekonania się - przekonania się na własnej skórze - czy w systemie socjalistycznym jest możliwy jakiś pluralizm poglądów, czy jest możliwa jakaś twórcza, pozytywna opozycja? Bo przecież najciekawszy w publicystyce Kisielewskiego jest fakt, że akceptuje on szczerze i poważnie podstawowe założenia panującego systemu. I przymierze z Rosją, i - oczywiście - granice, i formy socjalne. Jeśli o tym pamiętać, to wszystkie, nawet najostrzejsze krytyki stanowiące treść jego sławnych rubryk Gwoździe w mózgu, czy Głową w ściany nabiorą nieco odmiennego znaczenia.

To jest publicystyka, która pragnie ulepszać i naprawiać, która walczy nie tylko z wadami reżymu, ale w ogóle z każdym głupstwem, nonsensem, ignorancją - a poza tym również z licznymi tradycyjnymi wadami polskimi. Trudno znaleźć publicystykę polityczną na wyższym poziomie moralnym, stawiającą sobie ambitniejsze cele. Akceptując to, co dobre, lub co niemożliwe do zmienienia w aktualnej sytuacji, Kisielewski stawia tylko jedno jedyne żądanie: aby w dorzeczu Wisły panował rozum i zdrowy rozsądek. To jego własne słowa. Nie jego wina, że w życiu polskim znajdował od lat aż za dużo materiału świadczącego o panowaniu głupoty, ignorancji lub złej woli. Chodziło mu i chodzi w dalszym ciągu jedynie o dobro ludzi żyjących w Polsce, o poprawienie ich losu. A do tego zmierza zarówno walka o poprawę gastronomii czy rozkładu PKS, jak i walka o większą swobodę twórczą dla pisarzy i pewien minimalny pluralizm światopoglądowy.

Dlatego właśnie publicystyka Kisielewskiego jest tak cenna, dlatego odegrała tak wielką rolę w ostatnim ćwierćwieczu i dlatego najniesłuszniejsze jest uważanie jej za nieodpowiedzialną "błazenadę". Na upartego, publicystów tego typu powinno być w obecnej Polsce znacznie więcej - jeśli jest tylko jeden Kisiel, to możemy tego żałować. Ale trzeba też lojalnie przyznać, że nie każdy potrafiłby być Kisielem. Na to trzeba mieć jego talent, a przede wszystkim - jego odwagę.

Bo ma on najpiękniejsze cechy urodzonego polemisty i weredyka. Przede wszystkim jest pragmatycznym antykonformistą. Jego pragmatyzm polega na tym, że ma większe zaufanie do realnych faktów, aniżeli do wielkich idei. Już Norwid pytał ongiś: "Polska? Ale jaka?". Kisielewski stawia sobie ciągle i stale to samo pytanie. A jego stanowisko pragmatyczne podrzuca mu w odpowiedzi: każde ulepszenie, każda poprawa w jakiejkolwiek dziedzinie życia - cieszy go. A do pasji doprowadza żonglowanie wielkimi słowami dla pokrycia braków, niedociągnięć, pomyłek, dla których uniknięcia wystarczyłoby właśnie to źdźbło zdrowego rozsądku i rozumu, o które tak zacięcie walczy od tylu lat. Stąd jego uznanie i podziw dla takich narodów jak Szwajcarzy, Szwedzi czy Czesi - których często stawia za wzór swoim rodakom.

Mój Boże, czas już kończyć, a nie powiedziałem dotychczas ani słowa na przykład o Kisielewskim - powieściopisarzu, o jego doskonałym Sprzysiężeniu lub o awanturniczej powieści Miałem tylko jedno życie. Szczególnie ta ostatnia książka, w której jest coś z atmosfery Grahama Greene'a i Bernanosa, zasługuje na szersze omówienie, choć autor ukrył się wstydliwie pod pseudonimem Teodora Klona. Jeśli w najbliższym czasie Kisiel powróci - może z konieczności - do beletrystyki, lub do muzyki - uczcimy na pewno odpowiednio ten powrót.

Ale wolelibyśmy, aby mógł w dalszym ciągu uprawiać wszystkie dziedziny twórczości, łącznie z publicystyką. Bo właściwą atmosferę do życia daje temu człowiekowi walka, polemika i starcie. W walce daje on swą właściwą miarę. Kariera polemisty składa się zawsze z momentów lepszych i gorszych, z batalii wygranych i przegranych. W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat bywał Kisiel pod wozem i na wozie. Jeśli w chwili obecnej mobilizuje się cały aparat partyjny i rządowy dla walki z kilkoma pisarzami, to już to samo jest dowodem, jaka wielka jest siła słowa pod piórem dobrego pisarza. Dlatego wierzymy, że i tę walkę Kisiel wygra, choćby to miało trwać długo i obfitować w epizody smutne. Bo za nim stoi cała oświecona opinia. I ta pewność, że się nie jest samotnym, że się wyraża myśli ogromnej większości Polaków jest dla Kisiela w tej chwili na pewno źródłem głębokiej satysfakcji.